2012|04|28

XIII Konferencja ds. Handlu i Rozwoju

Dr Marek Bańczyk występował w roli eksperta na UNCTAD XIII w Doha (Katar), w ramach Programu Kreatywnej Gospodarki ONZ.

2011|10|26

Start Konsorcjum Marki Poznań

Koncepcję projektu opracował Instytut IKER.

2011|04|05

Miasto Poznań super marką

Miasto Poznań otrzymało nagrodę dla najsilniejszej marki w Polsce, marki konsekwentnie budującej wizerunek otwartej i nowoczesnej metropolii.

PUBLIKACJE » [Metropolia] Manifest Metropolitaryzmu Polskiego 2007

Marek Bańczyk, "Metropolia"
Postulat terytorialnego równoważenia wszystkiego, co się da jest idiotyczny. Metropolia to nie rozwój miasta kosztem regionu, tylko rozwój regionu poprzez rozwój miasta. Metropolizacja jest koniecznością, mechanizmem ewolucyjnym, warunkiem przetrwania.

MANIFEST METROPOLITARYZMU POLSKIEGO 2007
czyli: MIASTO RZĄDZI ŚWIATEM


PREAMBUŁA
Nie jesteśmy formacją polityczną. Jesteśmy inkubatorem idei, krystalizującym się środowiskiem społecznym spontanicznie ogniskującym się wokół pewnej idei. Zabieramy głos w ogóle, bo mamy coś do powiedzenia. Zabieramy głos akurat teraz, bo uważamy, że debata o przyszłości Polski nie powinna sprowadzać się do dylematu: zdeterminowani pieniacze prawdy versus gładcy piewcy miłości. A na to się zanosi. W stronę takiej polaryzacji dryfuje scena polityczna. Nie ma w tym nic katastroficznego, bo nawet tak spolaryzowana scena zachowuje pewien standard zdrowego rozsądku. Ogólnie rozsądnych, gładkich i wyważonych głosów jest w polskiej debacie publicznej dosyć. Tyle, że nic z nich nie wynika. Żaden z głównych obozów politycznych nie ma pomysłu na XXI wiek w Polsce i Polskę w XXI wieku. Oba koncentrują się raczej na robieniu wrażenia. Nie jest to szczególnie trudne. Powtarzania frazesów o epoce wiedzy, zrównoważonym rozwoju czy deklamowania Strategii Lizbońskiej można w końcu nauczyć każdego półgłówka.
Najważniejsze pytania o modus operandi rozwoju cywilizacyjnego naszego kraju nie pozostają bez odpowiedzi. Takich pytań nikt nie zadaje. Gdy Kaczyński mówi (słusznie), że Polska musi być silna, żeby decydować o swym losie, nikt go nie pyta, co to znaczy „silna” i jak to osiągnąć. Gdy Tusk mówi o wyborze między Wschodem a Zachodem, nikt go nie pyta, o jakiego typu zachodniość chodzi i jak ją osiągnąć. Nikt nie próbuje zbadać, jakie organizmy terytorialne rozwijają się lepiej we współczesnym świecie, co to znaczy „lepiej” i dlaczego jest tak, a nie inaczej. Za „program polityczny” uchodzi powtarzanie haseł typu: po pierwsze wolność, po drugie – przedsiębiorczość... Za „profesjonalistę” uważa się polityka, który przytoczy w dyskusji stawki podatku dochodowego z obcego kraju. Za poważną debatę narodową uchodzi pyskówka na temat lokalizacji boiska do gry w piłkę nożną. Koniec żartów, drodzy Państwo. Albo coś wymyślcie, albo przestańcie żenować.

TRZYNAŚCIE TEZ

01 ODRZUCAMY PERYFERYJNOŚĆ, ODRZUCAMY ERSATZE
Istnieje przekonanie, że obszar pomiędzy Bugiem i Łabą jest skazany na bycie prowincją Europy i chodzi tylko o to, żeby ta prowincja jako tako wyglądała. W taką wizję, wbrew pozorom, wpisuje się zarówno PiS, jak i – w dużej mierze - PO. Tylko taka optyka prowadzi do euforii na wieść o sześcioprocentowym wzroście gospodarczym czy inwestycjach zagranicznych rzędu 15 mld USD. Tylko taka optyka powoduje, że organizację Euro 2012 omawia się w kategoriach „skoku cywilizacyjnego”. Taka optyka prowadzi też do zaklinania „cudu” gospodarczego. Jest to bardzo ciasne i zakompleksione myślenie. Otóż Polska ma dużo większe możliwości. Polska ma szansę na wzrost gospodarczy w wysokości 11-12%, jak Estonia, Łotwa czy Singapur, a poziom inwestycji powinien zadowalać w okolicach 50-60 mld USD, czyli jednej czwartej dobrego roku w Niemczech. Z kolei mityczne Euro 2012 to gospodarcza fraszka, igraszka, zabawka blaszana, a cywilizacyjna farsa. Cywilizacja to coś więcej niż wylewanie betonu lub sprzedaż kiełbasek.
02 MAMY JEDEN PROBLEM W DWÓCH POSTACIACH
Głównym problemem Polski nie jest ani zaściankowość, ani genetyczne skażenie, ani lewicowość, ani prawicowość. Na tle np. prowincji katalońskiej, sardyńskiej, flamandzkiej czy karynckiej Polacy nie prezentują żadnych istotnych ekstremizmów. Nie ustępują innym europejskim narodom ani ich nie przewyższają poziomem inteligencji, przedsiębiorczości czy wykształcenia. Mamy jednak jeden istotny defekt: nabytą, głęboką lamentofilię. Nie ufamy zwycięstwu i sile, eskalujemy szlachetną słabość. Zasługi i zasoby dzielimy stosownie do eksponowanego cierpienia. Lamentofilia polska ma dwa zasadnicze przejawy: mentalny i strukturalny. Są one ze sobą powiązane.
03 LAMENTOFILIA MENTALNA: PRODUKUJEMY LUDZI NIEZDOLNYCH DO WYGRYWANIA
Na poziomie mentalnym nie potrafimy wytrzymać presji większych wyzwań. Niezwyciężeni do półfinału, momentalnie spadamy z podium, hodując przy tym nieutulony w piersi żal. Posyłamy na deski Riddicka Bowe, ale uciekamy w popłochu przed Tysonem. Wygrywamy tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Zwycięstwa przyjmujemy jako dowody cudów, zrządzeń boskich i czcimy mitycznie przez kilka pokoleń. Czyjś sukces materialny traktujemy jako dowód moralnego upadku, swój – raczej dezawuujemy, tak na wszelki wypadek. Od małego uczymy się, że Polak to ktoś taki, kto zawsze od historii dostawał niesprawiedliwego kopa, dyby, chłostę albo kulę w łeb. Że dobrze prosperował tylko kolaborant albo jakaś inna świnia. To źle działa. Tak wychowuje się sieroty boże.
04 LAMENTOFILIA STRUKTURALNA: KSZTAŁTUJEMY STRUKTURY NIEZDOLNE DO GENEROWANIA ROZWOJU
Na poziomie strukturalnym tworzymy byty wiecznego dryfu i niemocy. Byty, które donikąd nie dążą, tylko bohatersko rozwiązują problemy, które same indukują. Tworzymy miejsca pracy dla miejsc pracy. Urzędy, które nie mogą nadążyć z rozwiązywaniem problemów urzędowych. Ośrodki miejskie podtrzymujące wegetację frustratów wyczerpanych przez życie w mieście. Regiony, których niedoinwestowanie, taniość pracy czy bezrobocie są uważane za atuty regionalne. Byty te istnieją, by epatować heroiczną niemocą i wymodlić w końcu zewnętrzną interwencję zbawczą. Według lamentofilskiej zasady: im gorzej, tym lepiej. Tymczasem w normalnym świecie tworzy się źródła możliwie wysokich dochodów, a nie: jakieś tam miejsca pracy; urzędy usprawniają rzeczywistość społeczną, miasta tworzą najwyższą jakość życia, a regiony prześcigają się w najlepszych, a nie – najtańszych – zasobach. Niskie płace nie są żadnym atutem, bo pomagają ściągać do kraju schyłkowe przemysły, których w normalnych państwach nikt nie chce.
05 NIE KOKIETUJMY UBOGICH
Od dawien dawna polscy politycy rywalizują w dyscyplinie: kokietowanie warstw społecznych, uważanych za biedne i słabe. Jest to po części podyktowane cynizmem i wyrachowaniem, po części – naiwnym i opacznym w gruncie rzeczy rozumieniem tzw. chrześcijańskiej nauki społecznej. Stąd te wszystkie odwołania do „przeciętnego Polaka”, „prostego człowieka”, „ubogiego rolnika” itp. Na poziomie strukturalnym, egzemplifikacją tej postawy jest wspieranie ścian wschodnich, okien zachodnich, sufitów północnych czy dywanów południowych, czyli kierowanie wszelkich programów inwestycyjnych w stronę jednostek miejskich, wiejskich czy regionalnych, o których myśli się, że są niedorozwinięte. W obu przypadkach (mentalnym i strukturalnym) jest to alokacja zła, tępa i nieskuteczna. Po pierwsze - żaden człowiek nie lubi ani nie zamierza być przeciętny, ani ubogi, a kokietowanie i uwznioślanie tej przeciętności oraz ubóstwa tylko go w takim położeniu utrwala. Po drugie: sztuczne próby reanimacji najsłabszych gospodarczo terytoriów nie przynoszą na dłuższą metę ani krztyny organicznego rozwoju. Nikomu.
06 METROPOLIE RZĄDZĄ ŚWIATEM. KTO NIE MA METROPOLII – NIE MA SZANS
Wyższość cywilizacyjna Wielkiej Brytanii nad Włochami czy Polską nie bierze się z wyższości Kornwalii nad Kalabrią i Podlasiem. To nie słabość Estremadury determinuje pozycję cywilizacyjną Hiszpanii. Zarówno ranking najlepiej rozwijających się państw, jak i dystans Polski cywilizacyjnej ekstraklasy wyznaczane są przez liczbę i rangę najsilniejszych metropolii w danym państwie, a nie – przez słabość słabych regionów. Cywilizacja to metropolie. To Londyn, Manchester czy Liverpool tworzą potęgę Wielkiej Brytanii. Mediolan i Rzym stanowią o sile Włoch, a Madryt, Barcelona, Walencja czy Sewilla mówią o pozycji Hiszpanii. Rozwój społeczno-gospodarczy w globalnej gospodarce ery informacji nie zależy ani od wielkich fabryk na peryferiach świata, ani od produkcji żywności. Zależy od metropolii – węzłowych punktów światowego przepływu zasobów wysokiego napięcia, czyli kapitału, ludzi i przede wszystkim – idei. Tylko w punktach o odpowiednim skoncentrowaniu zasobów i odpowiednio szybkiej i intensywnej wymianie międzynarodowej rodzą się rozwiązania, które pociągają za sobą całe państwa. Tu rodzą się innowacje. Tu rodzą się fortuny. Stąd płynie dobrobyt. Tu każdy człowiek zarabia więcej i ma więcej możliwości wykorzystania tej nadwyżki. Metropolia to typ procesu, a nie WIELKOŚĆ osady. To sprawnie zarządzana przestrzeń publiczna wysokiej jakości, usieciowienie globalne, kreatywność. Nie jest to koniecznie WIELKIE miasto i odwrotnie – wielkie miasto nie czyni metropolii. Niektóre współczesne metropolie europejskie w granicach miasta nie mają nawet 200 tysięcy mieszkańców, podczas gdy niektóre milionowe osady chińskie, indonezyjskie czy rosyjskie to ogromne wsie.
07 SŁABOŚĆ POLSKI TO SŁABOŚĆ MIAST, A NIE – WSI
W Polsce pokutuje oparte na beztroskiej niewiedzy przekonanie, że nasze miasta i tak nieźle sobie radzą w porównaniu ze światem, a więc pomoc należy skierować w stronę terytoriów bardziej potrzebujących. Absurdalna jest już sama idea pomocy w sensie jałmużny. Powinniśmy myśleć o tym, jak zorganizować najbardziej wydajny mechanizm tworzenia społecznego dobrobytu, a nie – jak rozdzielać jakieś mityczne bogactwo państwa, Unii, cara czy kogokolwiek innego. Najbardziej groteskowe jest jednak urojenie naszej miejskiej wielkości. W globalnej sieci metropolii jako tako radzi sobie tylko Warszawa, reszta naszych miast tkwi w czarnej dziurze. Nie ma ich. Nie liczą się kompletnie. To, że istnieją, widać tylko w Google Earth. Kto nie wierzy, niech czyta:
Najważniejszy raport o biznesowej hierarchii miast Europy – European Cities Monitor: od 16 lat, czyli od początku nie zauważa żadnego polskiego miasta poza Warszawą. W śladowej postaci majaczy Kraków (2 wskazania). Reszta polskich miast w świadomości 500 największych europejskich inwestorów nie występuje nawet w charakterze anegdoty.
Najważniejszy parametr współczesnej metropolii - przepływ idei, czyli usieciowienie globalne – słynne analizy P.J.Taylora: Warszawa wypada tuż za ekstraklasą (31 na 315 miast). Kraków wypada w środku trzeciej setki, daleko za Lipskiem czy Dreznem, a pomiędzy takimi tuzami, jak Abidżan na Wybrzeżu Kości Słoniowej i Georgetown - stolica Gujany. Reszta polskich miast też wypada, ale z analizy (czyli ze świata).
Główna kompetencja metropolii, czyli generowanie wiedzy – ranking miast wg cytowań naukowych SCI (indeks filadelfijski): W pierwszej trzydziestce nie ma ani jednego polskiego miasta (są w niej np. 4 miasta holenderskie, 5 niemieckich, 4 brytyjskie, 1 szkockie, 2 szwedzkie itp.). Tworzymy Nową Polskę – 40-milionowe centrum niewiedzy.
Kreatywność i kultura – WIPO Patent Report 2006 i The Art Newspaper 2005: poziom zgłoszeń patentowych w polskich miastach jest niższy niż ukraiński i białoruski, prawie 4 razy niższy niż w Izraelu, 30 razy niższy niż w Korei Południowej. Wystaw artystycznych o frekwencji co najmniej 500 osób dziennie np. w roku 2004 zanotowano we wszystkich polskich miastach: 0. Dla porównania: w Walencji - 4, w Turynie – 7, w Dublinie – 9 itd. Takie są rezultaty marksistowskiego podejścia do produktywności: tylko beton i żelazo.
Przepływ ludzi, czyli ważna w metropolii mobilność kapitału społecznego – statystyki pasażerskiego ruchu lotniczego Airport Council International: Warszawa jest na poziomie 1/6 Amsterdamu i 1/3 Dublina, w pozostałych polskich miastach razem wziętych ruch nie osiąga nawet 1/2 poziomu jednego średniego lotniska europejskiego typu Manchester. Himilsbach i Maklakiewicz w grobie się przewracają. Nasze miasta NIE są wniebowzięte.
Marka i wizerunek – jedyne globalne raporty tego typu GMI-Anholt City Brand Index 2005: próba ponad 18 tys. respondentów z kilkunastu państw jakoś nie uważa za charakterystyczne czy godne zapamiętania żadnego polskiego miasta. Polskie miasta są znane z tego, że są znane. W TV Polonia.
Poziom życia – najbardziej powszechnie uznawany raport Mercer QoL 2007: Warszawa na pozycji 85, czyli trzecia od końca z 28 miast europejskich, Poznań wzięty pod uwagę, ale niesklasyfikowany, reszta – litościwie pominięta. Oto nasze zielone, wygodne sielankowe osady, które dzielnie unikają pułapek wielkomiejskiego kapitalizmu.
Pion życia, czyli wertykalność zabudowy przestrzennej mierzona liczbą wieżowców – raport Emporis: Warszawa nie weszłaby do TOP20 Europy ani Azji oraz ledwo-ledwo do rankingu Ameryki Południowej, na pozostałych kontynentach lokowałaby się w środku stawki, górując jedynie nad miastami Afryki (nieznacznie). Inne polskie miasta pojawiłyby się tylko w zestawieniu Oceanii (i to raczej z tyłu) i Afryki (w środku stawki). Wylatujemy ponad poziomy. Buszu i sawanny.
08 DOSKONALE ZRÓWNOWAŻONY ROZWÓJ TO UTOPIA
Postulat terytorialnego równoważenia wszystkiego, co się da jest idiotyczny. Rozwój zrównoważony w formie idealnej występuje tylko w ekosystemie pustynnym. Cała reszta sensownych zjawisk w przyrodzie oparta jest o mechanizm specjalizacji, koncentracji i masy krytycznej. O ile jednak dyskusje na temat konwergencji lub polaryzacji można zrozumieć w niektórych częściach Europy, które już dorobiły się silnych metropolii, o tyle w Polsce postulat równoważenia staje się czysto discopolowy. Metropolia to nie rozwój miasta kosztem regionu, tylko rozwój regionu poprzez rozwój miasta. Metropolia to biegun wzrostu.
09 DLA DOBRA WSZYSTKICH MUSIMY WYCHOWAĆ ZWYCIĘZCÓW
Zaczynamy od poziomu jednostki. Musimy wyrugować lamentofilię mentalną. Należy stworzyć kult spokojnego, skromnego, ale i bezwzględnego wygrywania. Potem można się tą wygraną dzielić ze słabszymi, bez wygranej – nikt się z nikim niczym nie podzieli. Polsce potrzeba fuzji bohaterstwa i ułańskiej fantazji Powstania Warszawskiego z precyzją, rozmachem i organizacją Powstania Wielkopolskiego. No i zwycięskich rezultatów tego drugiego przy rozgłosie tego pierwszego. Za bezsensowne narzekactwo nie powinno być nagród pocieszenia, tylko odium społeczne. Nauczmy się wygrywać bez triumfalizmu i poczucia dziejowej misji. Skromniej, a za to – częściej.
10 DLA DOBRA WSI MUSIMY POSTAWIĆ NA MIASTA
Musimy wyrugować lamentofilię strukturalną. Homogeniczną, superzrównoważoną strukturę mają tylko organizmy bardzo proste i słabe, typu: gąbka morska, glony itp. Organizmy wyższego rzędu mają daleko posuniętą specjalizację tkanek i organów. Coś musi być sercem, a coś mózgiem czy mięśniem szkieletowym, dla dobra całego organizmu. Dla regionów, zwłaszcza słabych, trzeba budować metropolie. Dla dobra wsi – też trzeba budować metropolie. Bez nich nie ma silnych regionów, nigdzie w Europie, nigdzie na świecie. Życie na wsi staje się współcześnie rekreacyjnym kontrapunktem dla intensywnego życia w mieście. Produkcja żywności staje się po prostu kolejną dziedziną masowej działalności przemysłowej i coraz mniej związana jest ze wsią w sensie struktury osadniczej i dawnej oazy życia sielskiej-anielskiej. Świat polaryzuje się do postaci: a) sieci metropolii i połączonych z nimi mniejszych miast, czyli struktury generującej rozwój, b) eksterytorialnych powierzchni produkcyjnych, czyli terenów zaopatrujących rozwój oraz c) wiejskich osad rekreacyjnych, czyli miejsc odpoczynku od rozwoju. Nie próbujmy fałszywie uwodzić wsi, utrwalać jej w osiemnastowiecznym skansenie produkcji rolnej i robić z rolników idiotów. Na archaicznym wzmacnianiu wsi nie skorzystają ani wsie, ani metropolie. Na słabości metropolii ucierpią za to i wsie, i małe miasta.
11 NASZE MIASTA MAJĄ POTENCJAŁ, BRAKUJE IM OSTREGO KOPA W GÓRĘ
Polska nie stoi przed żadną immanentną barierą metropolizacji. To nieprawda, że polskie miasta nie spełniają podstawowych warunków wyjściowych. Że są małe, za biedne, nie mają tradycji itp. W granicach administracyjnych więcej ludzi mieszka w Łodzi niż w Sztokholmie, w Krakowie niż w Amsterdamie, we Wrocławiu niż w Stuttgarcie, w Katowicach niż w Zurychu. PKB na głowę wg standardu siły nabywczej (PPS) jest większe w Warszawie niż w Madrycie, a Poznań tylko o pół punktu ustępuje Berlinowi. Z naszymi miejskimi tradycjami nie jest najlepiej, ale globalna metropolia Singapur też nie ma tradycji miejskich, a i wiejskie – znikome. Z kolei świetność Babilonu czy miasta Ur nijak nie przydaje się w dzisiejszym Iraku. Nie szukajmy wytłumaczenia tam, gdzie go nie ma.
Polskim miastom brakuje czego innego:
Serca, czyli zwartej, atrakcyjnej i tętniącej życiem przestrzeni publicznej w centrum
Głowy, czyli skupisk specjalizacji klastrowej, najlepiej – usługowej, mogą być to zaawansowane usługi dla biznesu, sektory kreatywne i inne nowoczesne dziedziny
Wyrazu, czyli unikalnej, ale powiązanej z realnymi zasobami marki miejskiej pozycjonowanej globalnie
Zespołowości, czyli powiązań w ramach organizmów metropolitalnych oraz – zwłaszcza – pomiędzy nimi
Zdecydowania, czyli odważnego wyboru najkorzystniejszej ścieżki rozwoju i związanych z nią ścisłych priorytetów przyciągania zasobów dla rozwoju sektorów najbardziej zyskownych i najtrudniej relokowalnych. Wymaga to rezygnacji z fetyszu „promocji inwestycji” jakichkolwiek
Hierarchizacji krajowej, czyli zdecydowania, na jakim poziomie które miasto może operować, najmocniejsze muszą stanowić rodzaj „gateway cities” dla całego systemu. Nie ma sensu ani wysyłanie wszystkich do ataku w świat, ani wzmacnianie „słabych ogniw” i granie samymi obrońcami
Ostrości, czyli ambitnych wizji rozwoju, opisu celów na kilku poziomach oraz ścieżki realizacji skoncentrowanej na kluczowych rozwiązaniach. Strategie rozwoju polskich miast naszpikowane są doraźnymi wtrąceniami z kompromisów politycznych i konsultacji społecznych. Doliny Krzemowej nie tworzono poprzez referendum
Usieciowienia, czyli łączności procesowej z innymi metropoliami na świecie, brakuje najbardziej i przede wszystkim.
Autarkiczne miasta regionalne są w zaniku, globalne metropolie sieciowe – kwitną.
To wszystko da się zrobić. Metropolizacja nie jest przywilejem czy fanaberią. Jest koniecznością, mechanizmem ewolucyjnym, warunkiem przetrwania.
12 METROPOLITARYZM TO NOWY SPOSÓB ORGANIZACJI ROZWOJU SPOŁECZNEGO
Był już w Polsce agraryzm. Zapewne to i owo zawdzięczamy różnym odłamom ruchu ludowego. Ponieważ jednak poprzednie fale rozwoju miast słabo do nas trafiały z historyczno-politycznych względów, najbardziej rozwojowa warstwa społeczna, czyli mieszczanie do tej pory nigdy nie odgrywała w Polsce większej roli napędowej. Dlatego Polska jeszcze nigdy nie pokazała na co ją stać. Warunki dla rozwoju metropolii w ogóle (globalizacja i urbanizacja) i w szczególe (sytuacja Polski) są obecnie wyjątkowo dobre. Dlatego wprowadzamy na arenę metropolitaryzm. Metropolitaryzm nie jest ani prawicowy, ani lewicowy. Nie jest oparty na faworyzowaniu jakiejkolwiek grupy zawodowej ani zresztą w ogóle nijak zdeterminowany klasowo czy branżowo. Nie jest kokietowaniem żadnej warstwy, a przede wszystkim – nie jest kolejną cudowną receptą na redystrybucję jakiegoś mitycznego bogactwa. Metropolitaryzm jest sposobem TWORZENIA bogactwa. Jest najbardziej racjonalną w XXI wieku formą organizacji rozwoju gospodarczego i społecznego, opartą na generowaniu siły i specjalizacji, a nie – narzekania i jałmużny. Jest formą z natury agresywną, ale sprawiedliwą i sprzyjającą wszystkim. We wspinaczce wysokogórskiej możemy mieć w grupie jednostki relatywnie słabe, ale nie możemy NIE MIEĆ jednostek bardzo silnych. Ktoś musi wbijać haki, mocować liny, asekurować. Z kolei podczas katastrof lotniczych maskę tlenową najpierw zakładamy dorosłym, potem dzieciom. Tymczasem w naszym samolocie lecą obecnie tylko młodsze oraz starsze dzieci i króluje postulat „wyrównywania szans”. To kurs wprost na katastrofę. Musimy znaleźć najmocniejszych i wychować ich na liderów, takich, którzy pociągną innych. Podobnie jest w rozwoju gospodarczym. Dla dobra słabych ogniw musimy zbudować silne.
13 LEPSZY 1 LIDER NIŻ 887 MARUDERÓW
Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, ile synergii i nadwyżki efektu daje organizacja nawet jednej dobrej metropolii, zaraz zrozumie. Zaledwie kilka dzielnic Londynu składających się na tzw. Inner London, mając niecałe 3 miliony mieszkańców, generuje PKB wyższe nie tylko do całego PKB Warszawy, Poznania czy Wrocławia. Generuje PKB wyższe niż wytwarzają wspólnie WSZYSTKIE POLSKIE MIASTA razem wzięte. Fragment centrum Londynu jest społecznie i gospodarczo więcej warty niż wszystkie 887 miast polskich od Ustrzyk Dolnych po Warszawę. Ujmując rzecz wulgarnie, bardziej by się nam opłacało wypożyczyć, wykupić czy wydzierżawić wybrany kawałek Londynu i po prostu przenieść tam całą Polskę niż utrzymywać przy życiu wszystkie dzielne osady Pospolitej Rzeczy. Już lepiej chyba budować własne Londyny, Barcelony, Frankfurty.
***
Albo postawimy na własne metropolie, albo metropolie obce same na siebie postawią cały nasz kapitał społeczny. Zabiorą tych ludzi, którym nie dały rady ani powstania, ani komuna, ani niekompetencja kolejnych Rzeczpospolitych numerowanych. Skończmy z narzekaniem, do heroizmu namawianiem i szlachetną niemocą. Nie rzucilim ziemi i stąd nasz ród. OK. Wystarczy. Teraz - czas na metropolitaryzm.

© Design by Besquare | powered by Design`94.pl